Scotland. Expectations vs. Reality.

by Agnieszka

Szkocja. Marzyłam od dawna, ale raczej po cichu. Wielka Brytana to kierunek, który mam w głowie i sercu, ale ceny delikatnie mnie odstraszają. Kiedy w połowie wakacji zobaczyłam skandalicznie tani bilet do Glasgow, nie zastanawiałam się zbyt długo. Mając już jakiś punkt zaczepienia, łatwiej jest powalczyć o realizację planu. Ten rok jest finansowo niezbyt przyjemny, ale wierzę w to, że chcieć znaczy też móc.

Od tego momentu wszystkie swoje działania i decyzje zakupowe podporządkowałam temu wyjazdowi. Odkładałam każdy grosz, kombinowałam jak mogę dorobić cokolwiek. Oglądałam każdą złotówkę zanim wydałam na coś, czego nie potrzebowałam. I udało się – uzbierałam potrzebną kwotę!

To był wyjazd, o którym mogę powiedzieć, że był zupełnym zaprzeczeniem oczekiwań. Należę do tej grupy, która lubi mieć wszystko zaplanowane i dopięte na ostatni guzik. Dokładny program pobytu, wszystkie rezerwacje zrobione z wyprzedzeniem, podrukowane mapy, informatory itd. Plan doskonały. No cóż, życie i Szkocja przygotowały dla mnie własną wersję.

Zaczęło się od tego, że wylądowałam na innym lotnisku niż myślałam, że wyląduję. Potem chcąc zaoszczędzić na bilecie do miasta, zapłaciłam za niego 2 razy więcej. Następnie okazało się, że wydrukowałam nie ten bilet do Edynburga, który powinnam i musiałam płakać w rękaw kierowcy, że właściwy zgubiłam. W hostelu było 1 gniazdko na 8 osób, a na dzień  przed najbardziej oczekiwaną wycieczką, została ona odwołana. Do tego woda była zbyt twarda, aby mieć na głowie coś innego niż efekt pudla, przeziębiłam się, a w kulminacyjnym momencie dostałam wylewu w prawym oku. Ostatniego dnia czułam się jak nieszczęśliwy strach na wróble przebrany za renifera.

Stwierdziłam – ooo wrócę, to sobie ponarzekam na blogu, jak nigdy dotąd! Ale trzeciego dnia poszłam wieczorem na Stare Miasto w Edynburgu. Było cudownie ciepło. Kupiłam coś chłodnego do picia i usiadłam na schodkach. Ktoś grał na gitarze i śpiewał kilka metrów ode mnie. Zaczęło się ściemniać, a nad miastem pojawiła się lekka mgła, rozpraszając światło ze starych latarni.

Spełniałam kolejne Marzenie. Może nie było dokładnie tak, jakbym chciała, ale co z tego? Kończyły mi się powoli pieniądze, ale i tak jak zwykle rozdawałam je ulicznym grajkom, którzy umilają innym czas grając lub śpiewając na ulicy. Potrafię siedzieć przez godzinę i słuchać muzyki, rezygnując nawet z dalszego zwiedzania.

Po drugiej stronie ulicy dostrzegłam grupkę ludzi, prowadzonych przez wampira w czarnej pelerynie. Trochę nie moja stylistyka, ale zainteresowałam się tematem. Po chwili zobazyłam inną grupę, z normalnie ubranym przewodnikiem. O 21.00 zaczynał się spacer po Edynburgu “The Dark Side”, który zupełnym przypadkiem okazał się najlepszą z wycieczek, jakie zaliczyłam w czasie wyjazdu i to za przyzwoite pieniądze. Więcej o niej innym razem.

Szkocja ugościła mnie cudowną, bezdeszczową pogodą. Słońcem i ciepłem, co nie jest podobno zbyt często spotykane o tej porze roku. Nie spadła mi na głowę ani jedna kropla deszczu. Raz, w czasie zwiedzania highlands, była lekka mżawka, ale nawet nie musiałam sięgać do torby po parasolkę. Do tego zapierające dech widoki i wręcz magiczny Edynburg. Jedyne czego żałowałam, ku własnemu zdumieniu, to fakt, że byłam tam bez towarzystwa. Nie szukałam na siłę znajomości, w hostelu ciężko było nawiązać jakiś kontakt ze współtowarzyszkami, które jeszcze spały, gdy wychodziłam i już spały, gdy wracałam . Myślę, że był to jeden z moich ostatnich samotnych wyjazdów. Pomimo, że chciałam  pobyć troszkę sama, pomyśleć o różnych rzeczach, chwilami było mi trochę smutno.

Fajnie jest z kimś dzielić wrażenia – te dobre i te złe. Trudno jest opowiedzieć jak pachniał otoczony zielenią wodospad ukryty w środku wilgotnego lasu. Albo jakie miny robiła włochata Fiona pozując do zdjęć. Zdjęcia nie pokażą, jz jaką gracją podskakiwała i kręciła pupą. Nie opowiem też, jak przejmująca potrafi być cisza nad spowitym senną aurą jeziorem. Nie opiszę, jaka jest w dotyku szkocka wełna – trochę szorstka, ale trochę nie. 

Nie udowodnię, że ciepłe scones z dżemem i masłem są lepsze niż scottish breakfastMiło by było móc z kimś dzielić te wrażenia. Albo móc dzielić z kimś pizzę, która chociaż wspaniała, okazała się za duża dla 1 osoby. Sernik też był za duży, idealny do podziału. Na miejskim cmentarzu, mimo, że pięknym, też byłoby raźniej spacerować z drugą osobą. Lubię samotne podróże, ale chyba coraz mniej.

Nie było tak, jak sobie planowałam, ale kto powiedział, że to znaczy, że było źle? Loch Ness i kilku innych miejsc nie udało mi się odwiedzić, ale i tak będę chciała do Szkocji wrócić. To był wstęp, szansa, by przekonać się, czy chcę pojechać ponownie. Chcę, bardzo!

0 comment

Powiązane posty

Jestem ciekawa Twojej opinii. Podziel się nią!

* By using this form you agree with the storage and handling of your data by this website.

Moja strona wykorzystuje pliki cookies w celu zapewnienia prawidłowego jej działania. Szczegółowe informacje znajdziesz tutaj Akceptuję Czytaj Więcej