“Miasto moje, a w nim”… czyli warszawskie sentymenty

by Agnieszka Kuczyńska
Warszawa. Urodziłam się w niej i spędziłam całe życie. Nasza relacja przeżywała wzloty i upadki, ale im jestem starsza, tym bardziej ją lubię. Staram się znaleźć jej jasne strony. Tej wiosny postanowiłam: “Codziennie wstaję 2h wcześniej niż dotychczas i ruszam w miasto, aby odkryć je na nowo i zacząć dzień inaczej niż dotychczas, nie mając poczucia, że cały dzień spędzam od rana do wieczora w pracy”. Zaopatrzyłam się w Spacerownik Warszawski, zastanowiłam się gdzie nie byłam nigdy lub gdzie nie byłam już od dawna. Nie było moim celem odwiedzenie dużej ilości ulic, a raczej powolne i uważne zwiedzanie małych fragmentów Warszawy.
==
W niektóre dni myślałam, że uda mi się przejść dłuższą trasę, ale gdy zaczynałam zaglądać w każdą bramę i dziurę, to okazywało się, że robiłam zaledwie 1/3 trasy założonej. Na szczęście to nie wyścig i nie konkurs. Jakie efekty widzę po 10 dniach roboczych? Zaczęłam wcześniej się budzić i wcześniej się kładę. Dzień wydaje się dłuższy, a praca to jedynie przystanek w dniu pełnym wrażeń, więc czas mija mi szybciej i jakby wydajniej. Mniej się śpieszę. Z zainteresowaniem czytam o Warszawie, nie mogę się doczekać kolejnych spacerów. Czasami odczuwam taką ekscytację, jakbym jechała na drugi koniec świata, a nie na drugi koniec miasta. Fajnie jest poczuć się turystką, miło, gdy ktoś oferuje pomoc, gdy błąkam się bez celu z przewodnikiem i aparatem w dłoni. Odżyło też dużo wspomnień. Poranki na mieście są fantastyczne, bo jest mało ludzi, słonko świeci, kwiaty pachną, knajpy puste.
Powiem Wam jedno – Polska jest fantastyczna, nawet jeśli czasem wypada blado na tle zachodu. Jaramy się tanimi biletami w różne krańce Europy, zupełnie zapominając co mamy na wyciągnięcie ręki. Zapraszam do siebie wiele osób, ale większość nie korzysta z zaproszenia, a jak skorzysta to po przejściu pięciu ulic na krzyż mówią, że brzydkie to miasto. Nie jest brzydkie, ale wymaga czasu. Dziś, w wielkim skrócie, zaprezentuję Wam 10 pierwszych spacerów, każdy z nich trwał ok. 1.5-2h.

DZIEŃ 1 

Stary Żoliborz. Piękny, modny i dostojny. Gdy byłam mała, często przyjeżdżałam z Mamą na plac Wilsona, do parku im. Stefana Żeromskiego. Przy placu Inwalidów kupiłam pierwsze okulary, gdy podrosłam zaczęłam odwiedzać Kino Wisła, Teatr Komedia, jeździć rowerem po okolicy. Do dziś bywam często w tej dzielnicy. Lubię klimat jej starych osiedli, kawiarnię Secret Life Cafe, mnóstwo zieleni, kościół św. Stanisława Kostki. Tęsknię za Klubem Podróżnika, którego niestety już nie ma 🙁

DZIEŃ 2  

Mariensztat. Jedno z tych miejsc, do których lubię wracać. Niby nie ma tam nic szczególnego, a moje serce bije mocniej za każdym razem. Bywałam tam regularnie jako nastolatka, w drodze do przychodni ortodontycznej na ulicy Nowy Zjazd, gdzie męczono mnie aparatem na zęby. Wiele lat później, przez blisko rok pracowałam na Powiślu – wysiadałam z tramwaju przy Mariensztacie i szłam dalej piechotą, a czasami umawiałam się z kimś w nieistniejącej już kawiarni Ogrody. Ze smutkiem odkryłam w czasie tego spaceru, że ścięto moją ukochaną wierzbę płaczącą. Zrobiło się bez niej jakoś strasznie pusto i przykro.

DZIEŃ 3

Stare Miasto. Wiele osób narzeka na warszawską Starówkę. Że nieprawdziwa, że odbudowana, że taka kiczowata… Ja ją lubię i bywam raczej często. Byłam zaskoczona, jak wspaniała jest o poranku, gdy nie ma jeszcze turystów! Chodziłam po niej ponad 1.5h, zachwycając się pustymi uliczkami, grą barw i cieni. Odkryłam ją na nowo. W wiosennej szacie wydała mi się bardzo europejska. TAK, jestem z niej dumna.

DZIEŃ 4

Stare Bielany. Dzielnica, w której dawno temu moje serce zostało już na zawsze. Tam się wychowałam. Myślę, że pokuszę się kiedyś o prawdziwie wspominkowy wpis, dziś tylko kilka szybkich myśli. Wracam tam bez końca, na szczęście mieszkam bardzo blisko. To inny świat, zupełnie inna Warszawa, przez wielu turystów na pewno pomijana. Zielona, nastrojowa, cudowna. Architektura małych domków, brukowane uliczki, duże kasztanowce, gazowe latarnie w cieniu szarych bloków, domu dziecka, pierwszej linii metra. Tak blisko stąd na AWF czy do Lasku Bielańskiego. Dla mnie to kraina dorastania, z mnóstwem wspomnień.

DZIEŃ 5

Ogród Saski i ulica Senatorska. Zielony raj w samym centrum głośnego miasta. Gdy byłam malutka, co weekend Babcia zabierała mnie na uroczystą zmianę warty przy Grobie Nieznanego Żołnierza a potem na lody z bitą śmietaną i owocami do Hortexu. Bywam w okolicy często, ale zawsze w biegu. Tego dnia było inaczej. Spacerowałam w ciszy i skupieniu, przyglądałam się ludziom pędzącym do pracy, fotografowałam kolorowe tulipany i podziwiałam świeżą, soczystą zieleń drzew. Usiadłam na ławce i wyciągnęłam książkę.

DZIEŃ 6

Zaczęłam go przy ulicy Zakroczymskiej, w okolicach Fortecy. Smutno mi, bo od ponad roku nie mogę tu wpadać co środę po wspaniałe warzywa i zieleninę od Pana Ziółko, po ryby od Pana Sandacza, miody z małej pasieki. Ehhh. Ruszyłam dalej w kierunku rynku Nowego Miasta i ulicy Freta. Uwielbiam to miejsce, myślę, że nawet bardziej niż Stare Miasto. Włóczyłam się zacienionymi uliczkami, odwiedziłam fontanny, aby powspominać boskie pikniki na trawie, które organizowałam z koleżanką i jej małą wówczas córcią. Czasem chodziłyśmy do Fundacji Sto Pociech na ukrytym między kamienicami i drzewami placyku, gdzie zamawiałyśmy kawę i ciastko, gdy młoda bawiła się z innymi dziećmi na wielkim, zielonym placu zabaw.

DZIEŃ 7

Wybrałam się na spacer ulicą Emilii Plater, odchodzącymi od niej Wilczą i Hożą aż do Koszykowej. Nie byłam tam od dawna, sporo się zmieniło. Niektóre budynki odremontowano, otworzyły się nowe lokale. Starałam się wyłapywać detale, poświęcić chwilę każdej kamienicy, zaglądać w podwórka. To mały fragment miasta, ale razem z Poznańską i Nowogrodzką spędziłam tam sporo ponad godzinę.

DZIEŃ 8

To był najkrótszy spacer, zaledwie godzinny, ale pełen zaskoczeń. Żelazna, Krochmalna, Waliców, Chłodna, Ciepła, Skwer Św. Jana Popiełuszki z kościołem Św. Andrzeja Apostoła. Odkryłam kilka miłych knajpek, kapliczki w brudnych podwórkach, nową kwiaciarnię, starą cukiernię. Uwierzycie, że pracując od ponad roku po sąsiedzku, miałam wrażenie, że odkrywam nieznane lądy? To niesamowite!

DZIEŃ 9

Bardzo lokalne klimaty. Osiedle Przyjaźń na Bemowie mijam od lat, niemalże codziennie. Mieszkam tylko kilka przystanków dalej, ale jakoś ciągle było mi nie po drodze. Postanowiłam to więc zmienić! Osiedle powstało w 1952 roku, dla radzieckich budowniczych Pałacu Kultury i Nauki. Był to teren zamknięty, ze stołówką, biblioteką, pocztą, klubem itd. W jego skład wchodziły niskie, duże baraki dla rodzin robotniczych i domki jednorodzinne dla kadry. Dziś jest to osiedle studenckie, duże domy i nowe, murowane bloki to akademiki, mniejsze domki zamieszkują osoby prywatne. Jest biblioteka, siłownia, sala zabaw dla dzieci, są sklepiki, punkty usługowe, legendarny Klub Karuzela (na tę chwilę chyba w wersji bardziej artystyczno-kulturowej, po zmianach minionej jesieni). W sąsiedztwie Ratusz Bemowo, a osiedle tonie w zieleni i ciszy, dzięki odrodzeniu ekranami akustycznymi od Górczewskiej.

Dzień 10

Samo centrum. Ruszyłam z Ronda de Gaulle’a, przez małe podwórka ulicy Chmielnej. Myślałam, że uda mi się przejść Chmielną, Bracką, Pasaż Wiecha, Złotą, Plac Powstańców Warszawy w pół godziny, a po dołączeniu Jasnej, Kredytowej i placu Dąbrowskiego zajęło mi to 75 minut! Po raz kolejny, to tylko kilka ulic, ale jeśli dodamy wszystkie podwórka, uważne czytanie tablic pamiątkowych, patrzenie na detale itd. to okazuje się, że trudno się oderwać. Odkryłam, że zamknęli Sheesha Lounge na ul. Sienkiewicza, że w centrum powstały nowe, liczne lokale. Odwiedziłam kilka budynków, które kiedyś coś dla mnie znaczyły.
To był dla mnie wartościowy czas. Mam już opracowanych kilka kolejnych tras, będę zwiedzać dalej.

Moja strona wykorzystuje pliki cookies w celu zapewnienia prawidłowego jej działania. Szczegółowe informacje znajdziesz tutaj Akceptuję Czytaj Więcej