Jarmark Jagielloński w Lublinie – relacja

by Agnieszka Kuczyńska

Czas na małe, kolorowe wspomnienie z wyjątkowo udanego wypadu do Lublina ponad 2 lata temu (aż trudno mi uwierzyć, że już minęło tyle czasu!). Była to moja pierwsza  wizyta w tym mieście, więc specjalnie wybrałam termin w którym działo się coś więcej… W jeden z sierpniowych weekendów odbywał się tam coroczny Jarmark Jagielloński.

Znalazłyśmy najtańszy nocleg (drogi i obskurny, w paskudnej lokalizacji – ceny w Polsce są dla mnie niczym nieuzasadnione i będę to powtarzać w nieskończoność), kupiłyśmy bilet na czerwony autobus 🙂 i po wygodnej, niezbyt długiej podróży byłyśmy na miejscu.
Jarmark Jagielloński odbywa się od kilku lat i z założenia ma być kontynuacją Jarmarków Lubelskich, które odbywały się w XV i XVI wieku. Były to wydarzenia na międzynarodową skalę, organizowane z wielkim rozmachem, przyciągające kupców z różnych zakątków świata.
Wówczas przecinały się w Lublinie kluczowe szlaki handlowe, co powodowało rozwój oraz bardzo dobrą i stabilną sytuację ekonomiczną regionu. Do dziś jest to wyjątkowe miejsce, gdzie w dość naturalny sposób styka się kultura Wschodu z Kulturą Zachodu.
Stąd pomysł na podtrzymanie tradycji i zadbanie o dobre relacje z sąsiednimi państwami oraz ciekawą formę wymiany kulturowej jak też handlowej. Dla mnie ekstra, bo cenię takie inicjatywy i z przyjemnością biorę udział w tego typu wydarzeniach, jeśli tylko mam okazję! Byłam bardzo pozytywnie zaskoczona poziomem organizacji i całokształtem.
Jarmark odbywa się na bardzo dużym terenie, zajmuje praktycznie cały rynek, ale też okoliczne tereny zielone i ulice handlowe, dzięki czemu pomimo dużej ilości gości nie wyczuwa się tłumu, można swobodnie się przemieszczać i znaleźć wolny stolik, by w spokoju wypić kawę i obserwować co się dzieje dookoła. Podeszłam do chyba każdego z ponad 200 wystawców, by obejrzeć oferowane przez nich piękne produkty regionalne.
Można spotkać artystów z Polski, Ukrainy, Białorusi i Litwy, porozmawiać, zapytać czym się zajmują. Na zdjęciu powyżej pyszne i urocze pierniczki ozdobione lukrem z niebieskim akcentem – od razu skojarzyły mi się z portugalskimi kafelkami azulejos.
Ważny, przynajmniej dla mnie, jest fakt, że organizatorzy sami wybierają twórców, których w danym roku chcą zaprosić do współpracy, co gwarantuje zarówno wielką różnorodność asortymentu jak też najwyższą jakość wykonania dostępnego rękodzieła.
 Wszystko do siebie pasowało: wystrój straganów, stroje sprzedawców, obrazy, dźwięki.

Co można kupić? Wszystko… a jak na złość większość rzeczy jest tak ładna, że od razu chciałoby się mieć je w domu. Haftowane chusty, lniane obrusy, kolczyki, bransoletki,
miękkie szale i czapki, ręcznie tkane dywany, kolorowe naczynia, zabawki dla dzieci, ciekawe dekoracje z drewna i słomy, wiklinowe kosze, tradycyjne stroje, obrazy i inne.
Szczególnie do gustu przypadły mi różne wyroby z drewna – zabawki oraz dekoracje.

Poza tym można było obejrzeć różne pokazy np. kucia monet a później je kupić na pamiątkę. W czasie trwania Jarmarku można było spotkać prawie na każdym kroku zespoły, grające baaaardzo różną muzykę (ale głównie tradycyjną, ze swoich okolic).
Wielką niespodzianką był dla nas występ zespołu z … Portugalii! Wieczorem, gdy było już ciemno, spotkałyśmy ich w jednej wąskich uliczek, blisko rynku. Wzbudzali wielkie zainteresowanie, bo nie dość, że chłopaków było chyba 10, to byli niezwykle żywiołowi. Na drugi dzień śpiewali i grali także na scenie, dla większej ilości słuchaczy. Nie jest pewnie zaskoczeniem informacja, że jeden z nich ma dziewczynę Polkę i stąd się w Lublinie znaleźli.
Kulinarnie również nie mogłyśmy narzekać. A to kawa a to czekolada a to coś konkretnego, a to ciasteczko a to mnóstwo stoisk z lokalnymi przysmakami takimi jak domowe dżemy, miody z małych pasiek, sery, swojskie kiełbasy, pachnący kindziuk.
Próbowałyśmy m.in. smażonych pierogów z kaszą gryczaną mięsem, serwowanych w liściu kapusty. W Lublinie po raz pierwszy (i ostatni) jadłam też chleb ze smalcem.
Dla najmłodszych były przygotowane różne gry indywidualne i zbiorowe, zawody. Ludzie śmiali się, tańczyli w rytm muzyki, spotykali ze znajomymi, spacerowali całymi rodzinami i świetnie bawili, zamiast spędzać cały dzień w dusznym centrum handlowym 😉
Drugiego dnia pobytu wybrałyśmy się rano do Muzeum Wsi Lubelskiej, będącego zielonym skansenem na obrzeżach miasta.
Weekend był bardzo udany, nakupiłyśmy różnych dodatków do mieszkań, smakołyków zza wschodniej granicy i po dwóch dniach wróciłyśmy do Warszawy. Marzy mi się taki wypad w tym roku, żeby nie jechać do samego miasta, ale też wziąć udział w podobnym wydarzeniu. Pytałam o to na fanpejdżu bloga, ale może też Wy macie jakieś propozycje?

Moja strona wykorzystuje pliki cookies w celu zapewnienia prawidłowego jej działania. Szczegółowe informacje znajdziesz tutaj Akceptuję Czytaj Więcej