Czy warto adoptować kota?

by Agnieszka Kuczyńska

W grudniu minęły 2 lata od kiedy w naszym domu pojawiła się Wilhelmina. Ruda, przestraszona i trochę śmierdząca kulka. Miała wielkie, zdziwione oczy i zaniedbane, posklejane futerko. O jej adopcji pisałam w grudniu 2017 (wpis można przeczytać tutaj). Dziś kilka słów o tej decyzji z perspektywy minionego czasu.

Nie znamy dokładnej historii naszej kotki. Wiele wskazuje na to, że kiedyś miała dom, ale została z niego wyrzucona. Błąkała się po ulicach i budowach aż w końcu jakaś dobra dusza zawiozła ją do schroniska. Tak, uważam, że taki gest jest oznaką empatii. Czasem spotykam się z opinią, że D-O-B-R-Y człowiek to by takie stworzenie przygarnął. Nie zgadzam się z tym. Nie każdy ma warunki i nie każdy jest na taką decyzję gotowy. Definicją dobroci w tym przypadku jest dla mnie troska o los braci mniejszych, nie przechodzenie wobec ich sytuacji obojętnie. Odwiezienie porzuconego zwierzaka do schroniska jest podarowaniem mu szansy na nowy start. Oczywiście są też inne sposoby jak dom tymczasowy i szukanie stałego. Bądźmy jednak ze sobą szczerzy – nie każdy może sobie na takie działanie pozwolić i nikt nie ma prawa tego oceniać.

Przed adopcją zastanawialiśmy się bardzo długo, omawialiśmy różne za i przeciw. Pytałam trochę znajomych, czytałam różne fora oraz informacje na stronie schroniska. Ogólny wniosek był taki, że kot w przeciwieństwie do psa to w zasadzie żaden obowiązek – ważne żeby miał żwirek i siatkę na balkonie, a reszta sama się jakoś ułoży.

Często decyzje o adopcji podejmowane są pod wpływem impulsu “Oooo jakie ładne, miłe zwierzątko” lub – co gorsze – pod naciskiem dzieci. Obserwując Instagram, często jestem przerażona widząc co – za zgodą dorosłych nagrywających film – dzieci robią ze zwierzętami (kotami, szczeniakami, chomikami). Od dawna uważam, że sprzedaż gryzoni, które są trzymane w klatkach, a potem maltretowane przez dzieci (ściskanie, przekładanie z rąk do rąk, przebieranie, umieszczanie w domkach dla lalek) itd. powinna być zakazana. Zwierzę to nie zabawka! Niestety sama miałam w dzieciństwie chomiki i wiem do czego brak świadomości może prowadzić.

Wracając do Wilhelminy. Wiem, że każdy kot jest inny, ale łączy je jedno – zawsze w jakiś sposób zmieniają życie właścicieli. Czytając fora byłam zaskoczona z jaką lekkością namawiano inne osoby do adopcji – że kot jest tani i łatwy w utrzymaniu. Karmę można kupić lekko przeterminowaną na bazarku, utrzymanie kosztuje grosze, kot może spokojnie zostać 14 dni sam w domu jeśli ma dostęp do wody i jedzenia itd. Do weterynarza chodzić nie trzeba, bo skoro siedzi w domu to przecież nie ma gdzie zachorować.

Nasza kotka jest spokojna. Nie niszczy mebli, nie potrzebuje zabawek. Nie jest natrętna, nie miauczy zbyt często, korzysta z kuwety, dostosowuje się do godzin posiłków. Kot idealny? Niekoniecznie. Wilhelmina  nie akceptuje kontaktu fizycznego. Miłość okazuje siadając 20 cm od nas – wtedy wiemy, że jest spokojna i zadowolona. Podobno wiele zwierząt z powodu niechęci do brania na ręce czy przytulania wraca szybko do schroniska… Bardzo długo trwało zanim Wilhelmina pozwoliła się delikatnie pogłaskać, może za rok czy dwa otworzy się jeszcze bardziej, a może nie i my to szanujemy. Ponadto Willie panicznie boi się obcych ludzi, szczególnie postawnych mężczyzn. Jest kotkiem o dość słabej psychice i bywają dni, gdy boi się nawet własnego cienia. Musieliśmy ograniczyć spotkania towarzyskie u nas w domu, bo negatywnie na nią wpływały.

Gdy znikaliśmy na ponad 7 dni, Wilhelmina mimo odwiedzania przez moją Mamę którą lubi jako jedną z nielicznych osób, traciła ze stresu futro na ogonie (kita wiewiórki zamieniała się w wycior do butelek), była apatyczna i smutna. Po powrocie długo dochodziła do siebie. Podjęliśmy decyzję o ograniczeniu wyjazdów.

Kot wcale nie musi być tani w utrzymaniu. Dobrej jakości, wartościowa karma jest dość droga, żwirek żwirkowi też nie jest równy. Koty domowe również o dziwo chorują, a gdy już zachorują to portfelu bój się! Tylko w 2019 roku wydaliśmy na weterynarza ponad 2000zł, a od stycznia tego roku już ponad 1500zł. Wypadło nam to z budżetu na podróże czy przyjemności. Choroba kota to nie tylko pieniądze, ale też poświęcony czas – przez 9 dni musieliśmy być codziennie u weterynarza. Nie ma, że praca, że angielski czy że w szufladzie leżą kupione dawno temu bilety na koncert. Niby to jest oczywiste, ale nie każdy sobie uświadamia, że takie sytuacje będą się najprawdopodobniej zdarzać (wiadomo, co złe to mnie i mojego kota nie dotyczy).

Z kotem trzeba się bawić, trzeba poświęcać mu czas na głaskanie i wspólne rozrywki. Kota trzeba też pilnować, żeby nie zjadł zupełnie niespodziewanej rzeczy, trzeba go czesać i podawać pastę odkłaczającą (Wilhelmina tego nienawidzi i każda sesja to bardzo długa walka) i kochać. Rozumieć, że ma swój charakter, lepsze i gorsze dni, drobne humorki i małe foszki. Jedne koty niszczą przedmioty, inne sikają poza kuwetą. Jedne wymagają nieustannej uwagi, inne drą się jak oszalałe całe poranki lub chodzą po głowie, nie dając właścicielowi spać.

Nasza decyzja o adocji kota była przemyślana, ale tak – zmieniła nieco nasze życie. Jesteśmy teraz odpowiedzialni za te 4 kg szczęścia. Za jej zdrowie, bezpieczeństwo i dobre samopoczucie. Podejmując decyzje o remoncie, podróży czy zaproszeniu gości musimy zastanowić się jak to wpłynie na Willie. Gdy ciężko chorowała, leżałam z nią na ziemi płacząc. To były też trudne emocje dla mnie, nauka radzenia sobie ze strachem i bezradnością. Niby TYLKO kot, ale AŻ kot. Nasz przyjaciel, mały tuptuś drobiący kroczki żeby przywitać nas w drzwiach. Słodyczek, bez którego nasze życie było jakieś takie puste.

0 comment

Powiązane posty

Jestem ciekawa Twojej opinii. Podziel się nią!

* Klikając "Opublikuj komentarz" zgadzasz się na przechowywanie i przetwarzanie Twoich danych przez tę witrynę

Moja strona wykorzystuje pliki cookies w celu zapewnienia prawidłowego jej działania. Szczegółowe informacje znajdziesz tutaj Akceptuję Czytaj Więcej