Czy istnieje życie po Malcie?

by Agnieszka Kuczyńska

Czytałam ostatnio przed snem magazyn Lente. Jeden, zupełnie niepozorny artykuł ozdobiony burymi zdjęciami, ujął mnie szczególnie. Tak bliski mojemu sercu, że miałam wrażenie, iż czytam o sobie. Autorka opowiadała w nim o czasie, który spędziła kiedyś w Neapolu. A może raczej o tym, jak zaczęła odbierać swoje rodzinne miasto wtedy, gdy z niego wróciła.

W Neapolu nie do końca jej wyszło. Doskwierały samotność, brak pracy, lekkie poczucie wyobcowania. Jak sama mówi, wróciła do Polski ze wstydem przeplatanym ulgą. Nigdy nie lubiła Warszawy, źle się w niej czuła i chciała wyjechać na południe Europy. Dopiero będąc daleko od domu poczuła, że ma za czym tęsknić – za Wisłą, stoiskami z tanimi książkami, ofertą kulturalną, ulubionymi knajpami, przyjaciółmi i rodziną. Po włoskim chaosie potrzebowała stabilizacji, którą Polska mogła jej zaoferować.

U mnie było podobnie. Przed wyjazdem na Maltę marzyłam, żeby wyjechać z Polski. Irytowało mnie tutaj dosłownie wszystko. Warszawę lubiłam, ale bez większego sentymentu. U sąsiada trawa była zawsze bardziej zielona, a za granicą lepiej i ciekawiej. Uciekałam z mojego mieszkania jak najczęściej, bo nie było takie jak chciałam, a przebywanie w nim przepełniało mnie smutkiem. Goniłam za innym, nieznanym. Ciągle w rozkroku pomiędzy teraźniejszością, a przyszłością, przy okazji nieco zablokowna przeszłością. Zawieszona między tym, co jest, a tym, czego bym chciała. W grudniu minionego roku byłam na skraju wytrzymałości. Czułam, że jeśli natychmiast nie wyjadę, to rozsypię się na miliony kawałków.

Spakowałam dotychczasowe życie w dwie walizki – jedna poleciała ze mną na Maltę, drugą zostawiłam w mieszkaniu. Zamknęłam za sobą drzwi. Nawet nie spojrzałam na puste szafy, komody i półki. Miałam nadzieję, że nie wrócę. Patrząc na to z perspektywy czasu wiem jednak, że nie chodziło o to, żeby tam zostać, ale żeby nie musieć wracać do starego życia. Kiedy leciałam do Polski po dwóch miesiącach, przepłakałam całą podróż. Nie z tęsknoty za wyspą, ale na samą myśl o Warszawie. Kolejny miesiąc był straszny – nie chciałam być tutaj, obsesyjnie szukałam na Malcie pracy, nie wiedziałam co ze sobą zrobić. W maju znowu spakowałam walizkę i poleciałam. Co było dalej, wie większość z Was (a kto nie wie, wciąż może przeczytać ten wpis).

Uważam, że te ostatnie tygodnie spędzone w Sliemie były bardzo oczyszczające. Kilka bardzo ważnych rozmów i zdarzeń, które pozwoliły mi docenić to, czego wcześniej nie umiałam dostrzec. Wracałam do domu szczęśliwa, bez poczucia porażki. Cieszyłam się na spotkanie ze wszystkimi, którzy wcześniej doprowadzali mnie do szału. Zaplanowałam remont mieszkania, aby stało się bardziej “moje” i dawało mi więcej komfortu na co dzień. Zadałam sobie pytanie, które znajomości dają mi siłę, a które podcinają skrzydła i mocno te ostatnie ograniczyłam. W marcu na myśl o powrocie do biura podróży dostawałam z nerwów rozstroju żołądka, a w czerwcu zgodziłam się popracować w jednym przez wakacje. Okazało się, że z lepszym nastawieniem mogę zrobić obrót jakiego nie widziałam od lat, a klienci są w sumie fajnymi ludźmi. Dojeżdżam do pracy 2h, spędzam w niej 10h i 2h wracam. Wcześniej bym się nawet na to nie zgodziła, a teraz mimo zmęczenia, traktuję to jak stan przejściowy. Staram się dobrze wykorzystać każdą wolną sekundę, jestem spokojniejsza. Mam więcej odwagi, przestałam się biczować za różne niepowodzenia i słabości. O wiele łatwiej znoszę rozczarowania, traktując je jako normalny element życia. Jakby tego, co dobre było mało, to… pokochałam Warszawę. Oszalałam na jej punkcie. Wychodzę rano, jadę do pracy i myślę “Ale mam szczęście“. Za oknami autobusu widzę Ogród Saski, Grób Nieznanego Żołnierza, przepiękne Krakowskie Przedmieście i Nowy Świat, Plac Trzech Krzyży, Łazienki, pałac w Wilanowie. Czasem wstaję wcześniej, żeby przejść się jeszcze po parkach czy ulicach, trochę zresetować głowę i myśli. Zachwyca mnie wszystko.

Piszecie do mnie często, że chcecie coś zmienić, ale nie wiecie jak. Pytacie jak znaleźć siłę i moc, aby zrobić ten pierwszy krok. Nie wiem. Ja zrobiłam go w chwili, w której straciłam całą energię. Po prostu czułam, że walę głową w mur i nie mogę przebić, więc go przeskoczę albo zostanę pod nim na zawsze, a tego bym nie zniosła. Ryzykowałam bardzo dużo, wciąż w sumie nie mam pewności co będzie dalej. Myślę, że jednak zawsze warto spróbować. Kto ma pewność dokąd ta droga nas zaprowadzi? Nikt. Ja wiem jednak, że mimo, że nic nie wyszło tak, jak planowałam to jestem dziś szczęśliwsza niż kiedykolwiek wcześniej. Życie po Malcie istnieje, a ona powoli staje się nieco wyblakłym kadrem z przeszłości.

Moja strona wykorzystuje pliki cookies w celu zapewnienia prawidłowego jej działania. Szczegółowe informacje znajdziesz tutaj Akceptuję Czytaj Więcej