Bożonarodzeniowe Jarmarki w Berlinie – relacja

by Agnieszka

Przyszła zima, czas na przedświąteczny Jarmark Bożonarodzeniowy! W tym roku padło na Berlin. Zdecydowałyśmy się znowu jechać Ecolines z dwóch względów: krótki czas przejazdu (7h15min) oraz dogodne godziny pozwalające na spędzenie na miejscu pełnego dnia bez noclegu (wyjazd o godz. 23.30 w piątek z Warszawy, a odjazd z Belina o 22.30). Z usług tego przewoźnika miałam  już okazję korzystać kilkakrotnie i za każdym razem byłam zadowolona ze standardu oraz serwisu na pokładzie. Teraz też było fajnie: dużo miejsca na nogi, rozkładane fotele, w jedną stronę ekranik z filmami i grami, miła opieka. Usiadłam, przykryłam się kocykiem i usnęłam.

Berlin przywitał nas szarym i chłodnym porankiem, tłumem koczującym na dworcu i lodowatą toaletą w której chciałam się przebrać. W czynnym już kiosku zakupiłyśmy herbatę, ogrzałyśmy się siedząc na kaloryferze, po czym wyruszyłyśmy na spacer do sklepu, w którym chciałam kupić ulubione grzane wino, kartofelki marcepanowe dla babci i kilka innych słodkich drobiazgów, które później odstawiłyśmy do skrytki na dworcu. Zentraler Omnibusbahnhof położony jest w zachodniej części miasta, do najbliższej stacji metra idzie się ok. 5 min, a do Alexanderplatz jedzie ok. 35 min.
Zdecydowałyśmy się kupić bilet jednodniowy za 6.70 EUR, żeby w razie potrzeby móc podjechać bez martwienia się o dodatkowe koszty (1 przejazd kosztuje 2,60 EUR). Jadąc z dworca wysiadłyśmy na Potsdamer Platz, skąd udałyśmy się spacerem pod Bramę Branderburską. Jeszcze będąc w Polsce uznałam, że warto pójść na spacer z przewodnikiem i się czegoś ciekawego o tym mieście dowiedzieć.
Wybrałam Free walking Tour (wynagrodzenie według uznania i możliwości) z firmy, którą znałam m.in. z Edynburga i byłam zadowolona. Grupy wyruszają o 11.00 spod Starbucksa znajdującego się koło Branderburgen Tor. Naszym przewodnikiem był pochodzący z Australii Taylor, który 5 lat temu bez pamięci zakochał się w stolicy Niemiec i postanowił tam zamieszkać.
W czasie 2.5h spaceru zobaczyłyśmy m.in. Pomnik Pomordowanych Żydów Europy, fragment Muru Berlińskiego, symboliczne wspomnienie po checkpoint Charlie (przejściu granicznym między NRD, a Berlinem Zachodnim), Babelplatz i Gendarmenmarkt. Historie warte posłuchania, ale miejsca raczej nie wzbudzające zachwytu z powodów oczywistych. Do tego było strasznie zimno i bardzo wietrznie.
Po rozliczeniu się z Taylorem podjechałyśmy na Alexanderplatz żeby coś zjeść na pierwszym z jarmarków. Przeszłyśmy go jednak na szybko i zupełnie nic nie przypadło nam do gustu, więc niechętnie udałyśmy się do pizzerii Romantica, która okazała się smaczną knajpą z włoską obsługą.
Coś przekąsiłyśmy, wypiłyśmy po grzańcu, rozgrzałyśmy się i spacerkiem przeszłyśmy na kolejny jarmark – koło Czerwonego Ratusza i wieży telewizyjnej. Ten był naprawdę sympatyczny, może dzięki radosnej muzyce, lodowisku i kolorowej karuzeli? Czuć było wyraźnie świąteczną atmosferę.
Podobał mi się ogień rozpalony w kilku miejscach, można się było trochę ogrzać.
Muszę przyznać, że generalnie jarmarki w Berlinie nie podobały mi się aż tak bardzo jak te w Dreźnie. Wielu z Was pewnie pamięta relację, a jeśli nie, to jeszcze może to nadrobić. Pewnie wpłynęło na to wiele czynników, wśród których królowało zimno, szarość i zmęczenie (w Dreźnie tego nie było! :)).

⇒⇒⇒ Zobacz też wpis JARMARKI BOŻONARODZENIOWE W DREŹNIE ⇐⇐⇐
 
Poza tym w Berlinie jarmarków jest bardzo dużo i są rozrzucone po całym, ogromnym mieście. Wiele z nich ma niezbyt atrakcyjną lokalizację, jak duże place otoczone sklepami i fastfoodami. Na niektórych jakość oferowanego towaru jest dość niska, przedmioty są kiczowate i tandetne.
Część asortymentu była zbliżona, ale część niestety nie – nigdzie nie mogłyśmy znaleźć np. przepysznej mieszanki przypraw do grzańca, która w Dreźnie była dostępna w kilku miejscach.
Standardem były oczywiście bombki i dekoracje świąteczne, mniejsze i większe figurki z drewna, szklane kule z prószącym wewnątrz śniegiem, czapki, szaliki, ciepłe skarpety i rękawiczki, biżuteria.
Z jedzenia kiełbaski bratwurst w bułce, na niektórych stoiskach ryby, pojawiał się flammkuchen, dużo dań na bazie ziemniaków (w tym placki) i cieszący się wielkim zainteresowaniem langosz – tłusty węgierski placek, którego popularność jest dla mnie zagadką.
Ze słodyczy: owoce w lukrze i czekoladzie (w tym jabłka na patyku wyglądające jak z bajki o Śpiącej Królewnie), smażone kulki przypominające pączki, uwielbiany przez nas trdelnik (poniżej), zwany też podobno ciastem kominowym, potwornie drogie orzeszki w miodzie, ciastka przypominające pączki i kule z kruchego ciasta w kolorowych polewach, w posypce z wiórków albo orzechów.
Ceny raczej wysokie. Nic nie kupiłyśmy, ale też nie planowałyśmy żadnych jarmarkowych zakupów.
Pod Czerwonym Ratuszem spędziłyśmy trochę czasu, po czym poszłyśmy na Nostalgischer Weihnachtsmarkt, raczej nieduży i kameralny, z wyjątkowo szybko kręcącą się karuzelą.
Zaczynało robić się coraz ciemniej i chłodniej. Rozgrzewałyśmy się kolejnymi kubkami grzanego wina. A może raczej szklankami – w Berlinie to one królowały. Wysokie, smukłe, zaszronione. Szczerze mówiąc zdecydowanie wolałam drezdeńskie, kolorowe kubki z ciekawymi wzorami.
Mam zdecydowanie “południowe” gusta kulinarne, więc na jarmarkach nic nie krzyczy “Zjedz mnie!”.
   Kolejnym punktem był jarmark Gendarmenmarkt, pierwszy tego dnia z płatnym wstępem (1 EUR).
Ogonek chętnych był bardzo długi, ale sprzedaż biletów odbywała się szybko i sprawnie, po niespełna 5 minutach byłyśmy w środku. I cóż mogę powiedzieć? Super! Zupełnie inny poziom niż te darmowe.
Pierwsza różnica – piękne miejsce, plac otoczony ciekawą architekturą. Dużo zadaszonych namiotów, większość ogrzewanych, więc jeśli znajdzie się wolny stolik, można nawet zdjąć kurtkę. Widać, że na stoiskach króluje lepszej jakości asortyment, jest więcej ładu, nie ma tak wielu kiczowatych gadżetów.
Na jarmarkach płatnych jest także bogate zaplecze artystyczne – tańce, koncerty, występy i inne.
Nam akurat trafił się występ grupy baletowej, dziewczyny tańczyły do mojej ukochanej melodii z filmu “Amelia”.
Wypiłyśmy ostatnie wino. Coraz mocniej bolała mnie prawa stopa, niestety do dziś ból się jeszcze utrzymuje. Po raz pierwszy miałam na sobie tak długo te konkretne buty i chyba nie były najlepsze.
Metrem podjechałyśmy znów na Plac Poczdamski z centrum handlowym, pod którym znajduje się kolejny nieduży jarmark. Weszłyśmy do galerii Arkaden sprawdzić czy jest mój ulubiony sklep z różnymi drobiazgami do domu i muszę przyznać, że byłam zachwycona świątecznymi ozdobami. Postarali się!!!
Poniżej: kino znajdujące się tuż obok wspomnianego centrum handlowego. Zapadła już noc 🙂
Ostatnim punktem naszej wycieczki był jarmark oddalony od centrum jakieś 20 minut jazdy metrem. Zlokalizowany jest pod pałacem Charlottenburg, a wstęp kosztuje 3 EUR.
Nie miałam już siły robić zdjęć, musicie mi zatem uwierzyć na słowo, że piękny był to jarmark, w pięknych okolicznościach przyrody 🙂 Pałac przepięknie oświetlony, dookoła lampeczki i dekoracje, dużo ciepłych namiotów, gustowne produkty, strefa dla dzieci. Drogo, tłoczno, ale naprawdę ładnie.
Moja stopa zaczęła powoli błagać o litość, zdecydowałyśmy się więc wrócić nieco wcześniej na dworzec (dzieliły nas od niego 3 stacje metra). Kupiłyśmy herbatę, przepakowałyśmy nasze zakupy i usiadłyśmy wygodnie na kaloryferze. Autobus Ecolines przyjechał na czas, cieplutki i wygodny, usnęłam jak dziecko i spałam do rana. To był intensywny dzień, ale nie żałuję, że nie zostałyśmy na noc w Berlinie. O świcie byłam już w Warszawie i miałam całą niedzielę dla siebie.
0 comment

Powiązane posty

Jestem ciekawa Twojej opinii. Podziel się nią!

* By using this form you agree with the storage and handling of your data by this website.

Moja strona wykorzystuje pliki cookies w celu zapewnienia prawidłowego jej działania. Szczegółowe informacje znajdziesz tutaj Akceptuję Czytaj Więcej